Wielu kibiców oglądając relacje telewizyjne emocjonowało się zmaganiami podczas Igrzysk Olimpijskich w kanadyjskim Vancouver. Wśród mieszkańców naszego powiatu znaleźli się jednak tacy szczęśliwcy, którzy walkę najlepszych sportowców świata oglądali na żywo.
Olimpijska przygoda Teresy i Włodzimierza Zarembów rozpoczęła się 10 lutego na lotnisku w Warszawie, a podróż do Vancouver trwała prawie dobę. Później było kilka dni na aklimatyzację. - Z Polski nie było bezpośrednich lotów do Vancouver, więc musieliśmy podróżować z przesiadkami - opowiada W. Zaremba. - Najpierw lot do Frankfurtu, następnie do Toronto i dopiero po prawie 24 godzinach podróży dotarliśmy do Vancouver. Ponieważ różnica czasu wynosiła 9 godzin, więc przez kilka pierwszych dni trudno było się przestawić. Kiedy w Wałczu była godzina 3 w nocy, tam było samo południe, więc chciało się spać. Po powrocie sytuacja się powtórzyła. Wałeccy kibice oglądali skoki Adama Małysza, zmagania Justyny Kowalczyk, byli również na hokejowym meczu Niemcy - Szwecja, a także obserwowali kilka uroczystości wręczenia medali. - Oglądanie sportowców na żywo jest ogromnym przeżyciem - mówi W. Zaremba. - Wszystkim kibicom udzielała się olimpijska atmosfera, każdy dopingował swoich rodaków i starał się im w ten sposób pomóc. Nam bilety kupił wcześniej mieszkający od ponad 20 lat w Vancouver Marek Jędrzejek. Kiedy przyjechaliśmy do Kanady, to oficjalnie wejściówek już nie było, choć na niektóre zawody można było kupić bilety u „koników”. Były jednak bardzo drogie. Na przykład wejście na uroczystość otwarcia igrzysk kosztowało 1500 dolarów. Wstęp na dekoracje zwycięzców również był płatny, i trzeba było liczyć się z wydatkiem około 50 dolarów. Oceniam, że z Polski specjalnie na igrzyska pojechało zaledwie około 100 kibiców. Widoczne w telewizji grupy kibiców w polskich barwach to byli członkowie kanadyjskiej i amerykańskiej Polonii. Do granicy z USA było trochę ponad 100 kilometrów więc sporo Amerykanów polskiego pochodzenia przyjechało na zawody.
Większość zawodów odbywała się w odległej o 120 kilometrów od Vancouver miejscowości Whistler. - W samym Vancouver temperatura wahała się od plus 6 do plus 13 stopni i nie było ani grama śniegu - opowiada dalej W. Zaremba. - Do Whistler nie można było jechać samochodem, kursowały tam tylko autobusy. Jeżeli jednak nie miało się biletu do autobusu, to nawet posiadanie wejściówki na zawody nie upoważniało do wejścia do busa. Wszędzie było sporo kontroli, widziało się mnóstwo policjantów, a względy bezpieczeństwa były na pierwszym miejscu. Nam zabrano kije do flag, ponieważ były zbyt długie. Właśnie ze względów bezpieczeństwa zawodnicy byli odgrodzeni od kibiców kordonem wolontariuszy i policjantów, i nie można było nawet zrobić porządnych zdjęć. Najbardziej rzucającą się w oczy grupą kibiców byli oczywiście Kanadyjczycy.
Gospodarze cały czas chodzili w koszulkach z klonowym liściem, większość miała swoje flagi, i cały czas dopingowali swoich rodaków. Barwną i głośną grupą byli również Polacy. Na zawodach, gdzie startowali nasi reprezentanci, często zagłuszaliśmy innych. Podczas zawodów biegowych widziało się także sporo Norwegów, a na meczach hokejowych - kibiców innych państw skandynawskich. Dużo było także Rosjan. Nasi wschodni sąsiedzi wystawili specjalny pawilon, w którym pokazywali wszystko, co dotyczyło Soczi - areny kolejnych zimowych igrzysk. Pawilonów narodowych było zresztą znacznie więcej, a najbarwniejszy był holenderski. Holendrzy przywieźli 1000 rowerów, oczywiście w pomarańczowych barwach, a premier tego kraju zachęcał do jazdy na dwóch kołach. Ochrona miała z nim problem, ponieważ odjechał szybko i daleko, a ochroniarze musieli go gonić biegiem. Samo Vancouver to piękne, około 2-milionowe miasto, leżące nad oceanem i otoczone zalesionymi górami. W centrum przeważają wieżowce, za to na obrzeżach - parterowa, drewniana zabudowa. Miasto jest zielone. Wszędzie spotykaliśmy się z miłym przyjęciem, a gospodarze byli bardzo życzliwi. W Vancouver mieszka grupa około 700 tysięcy emigrantów z Azji, a chińskich, japońskich, czy koreańskich restauracji jest całe mnóstwo. Bliskość granicy z USA zachęcała do odwiedzenia tego kraju i państwo Zarembowie wybrali się na wycieczkę do Seattle. - Ze zdobyciem amerykańskiej wizy nie było kłopotów, choć w ambasadzie USA w Warszawie pobrano od nas odciski palców i zeskanowano siatkówkę oka - mówił W. Zaremba. - Na granicy kanadyjsko - amerykańskiej sprawdzono te dane i dopiero wtedy wpuszczono nas do USA. Po autostradach jedzie się znakomicie, i 200-kilometrowa podróż upłynęła bardzo szybko. Praktycznie wszyscy mają tam samochody, a benzyna w przeliczeniu na złotówki jest o 2-3 złote tańsza, niż u nas. Wprawdzie na drogach nie widzi się tak wszechobecnych u nas fotoradarów, ale policyjnych patroli jest mnóstwo. W Seattle zwiedziliśmy fabrykę i muzeum Boeinga, jednak największe wrażenie zrobiła na nas wizyta na stadionie, gdzie rozgrywane są mecze futbolu amerykańskiego. Trybuny liczące 100.000 miejsc, ułożone w kilku kondygnacjach, robią niesamowite wrażenie. Podobnie było na obiekcie do gry w baseball, a ułożenie trybun i samo boisko zupełnie nie przypominają europejskich stadionów. Powrót do domu był już znacznie krótszy, ponieważ z Vancouver bezpośrednio lecieliśmy do Londynu około 10 godzin, a stamtąd już przecież tylko krok do Warszawy. Piotr Szypura
|